20130415 #23 (blue sky)
[singlepic id=704 w=800 h= float=]
[singlepic id=704 w=800 h= float=]
[singlepic id=706 w=800 h=0 float=]
[singlepic id=703 w=800 h=0 float=]
[singlepic id=702 w=800 h= float=]
[singlepic id=705 w=800 h= float=]
Pospieszcie się! Wypełnione druki? Wszystkie? A ten też? Szybko, szybko! … bo za chwilę zamykamy granicę! – Co to znaczy? Jest godzina 18.30 i właśnie zapadł zmrok. Po tak pospiesznej odprawie, wyjeżdżamy z Wybrzeża Kości Słoniowej, wjeżdżamy na most na granicznej rzece a za plecami zamykają się wysokie na 5 metrów wrota (sic!). Na drugim brzegu rozlewisk wjeżdżamy do Ghany przez ledwo jeszcze uchylone skrzydło drugiej, podobnej „słoniowej” bramy. Uf zdążyliśmy, jeszcze małe 40 minut i przestawiając się z francuskiego na ewidentnie post brytyjski system i angielski język, jesteśmy w docelowych kraju naszej wyprawy.
W chłodny wieczór, prawie miesiąc wcześniej, na campingu w Rabacie (bardzo dumne określenie – wydzielony płotem plac z sanitariatami, na przedmieściach), gdzie spotykają się prawie wszyscy włóczędzy afrykańscy, oczekujący na wizę mauretańską, przysiadł się do nas trochę niechlujny francuz. Stopem z innymi europejczykami jechał do Burkiny. W przyjemnej pogawędce, przerwanej przez jego dobroczyńców transportowych, wymieniliśmy się informacjami o celach naszych podróży. On opowiedział o latach swoich przygód i na koniec rzucił, że jeśli do Ghany, to zatrzymajcie się na chwilę w Green Turtle Lodge – super miejsce spodoba się wam. Późnym wieczorem już pierwszego dnia w Ghanie docieramy tam – wita nas szum oceanu. Jesteśmy nad Zatoką Gwinejską, na czwartym stopniu szerokości geograficznej północnej – jest bosko, bryza targa pióropuszami palm kokosowych. Zmęczenie daje się wszystkim we znaki – zostajemy na parę dni…
Hurry up! Forms filled up? All? And this? You must hurry! … because we are closing the border in few minutes, hurry up! – What does it mean all this rush? It is 18h30 and twilight is coming. We are living Cote d’Ivoire after very quick border formalities, getting on a bridge over border river and behind us the 5-meter-high gates (sic!) are closing. On the other river bank, we enter into Ghana passing through the near closed, looking the same, „elephant” doors. We did it, now we know what all this rush was for. After some 40-minute-formalities and getting used to language and system change (we left French zone and entered to English one) we reached our destination country.
On a cold evening, nearly one month before, when we stayed in Rabat camping, where all the african bums, waiting for Mauritanian visa, are meeting, a bit messy Frenchman sat with us. He was hitch hiking to Burkina with some other europeans guys. During very pleasant talk we exchange infos about our destinations. He spoke about numerous adventures he took before in Africa and in the end he suggested that in Ghana we should stay a bit in Green Turtle Beach – that is very cool place you gonna see – he told us. The first day in Ghana we finished reaching that place – welcomed by roar of the ocean. We are on the Gulf of Guinea, on the fourth degree of north latitude – is divine, breeze tearing plumes of coconut palms. After all that way we are tired – so we stayed here for few days…
[nggallery id=32]
Wjazd do tego kraju od razu przyniósł parę przygód, oprócz miłych mundurowych na granicy, był też niemiły i na dodatek pijany. Wielka kulturowa odmiana po dotychczasowych muzułmańskich państwach – tu tylko trzecia część ludności to wyznawcy Allaha, pozostali to animiści i chrześcijanie. Dyskusje trwały jakieś dwie godziny i skończyły się dobrze po zachodzie słońca, w ciemnościach, bo choć elektryfikacja Wybrzeża jest daleko lepsza od Gwinei, to chatka-przejście graniczne w takie luksusy nie jest wyposażona.
Czy panowie nie wiedzieli, że jeszcze parę miesięcy wcześniej trwała tu regularna wojna domowa? Nie jest to miejsce do turystyki. Takimi słowami powitał nas kapitan wojsk z Nigru, które w błękitnych hełmach pod Gagnoa budują obóz. ONZ nadzoruje i pilnuje przygotowań do wyborów parlamentarnych, które miały się odbyć za miesiąc. Pozwolono nam spędzić tu noc. Wśród wozów opancerzonych i pick-upów z karabinami maszynowymi na pakach, poczuliśmy się swobodniej i bezpieczniej. Poprzedni dzień upłynął nam na nieskończonych dyskusjach, na niezliczonych check-pointach, o tym co my tu robimy i co to znaczy turyści – termin wyraźnie niezrozumiały dla szeregowych, czy może bardziej terenowych, umundurowanych funkcjonariuszy normalizującego się państwa. A mundur w większości przypadków w magiczny sposób podnosi ważności persony w niego odzianej, nie wypada tego nie zauważać, a często trzeba również docenić i wynagrodzić, bo inaczej nie byłoby dalszej podróży.
The border crossing brings us new adventures. We found here the good guys in uniforms and also one not very nice and drunk. That is significant change, up to here we were passing through muslim countries, but in Ivory Coast only third part of population believes in Allah, the rest is divided between animists and christians. The border discussions took more than two hours and ended after sunset in dark – electrification of Cote d’Ivoire is far more developed than this of Guinea, but border hut wasn’t equipped in any light.
Didn’t you know, that civil war finished here only few months before? That isn’t a good place for tourism. Said captain from Niger army, which wearing blue helmets is preparing UN army camp near Gagnoa. They are here to supervise democratic parliamentary voting, which should take place in following month. Among the armored vehicles and pick-ups with machine guns on the backs, we felt well and safe. All the day, before this evening, we passed on never-ending talks on countless check-points – what the hell are we doing here and what does it mean tourists – this term is so incomprehensible to local, uniformed officers of that normalising state.
[nggallery id=31]
Po nocy spędzonej wśród płonących traw, w górskim pasie ziemi niczyjej – wieczorem wyjechaliśmy z Senegalu, rano docieramy do wioski, której wjazdu broni łańcuch z niebieskimi plastykowymi strzępami, rozwieszony w poprzek drogi – to granica Gwinei. Wyznaczony szlak do najbliższego miasta jest na tyle mało czytelny w terenie, że, za radą celnika z glinianego posterunku, bierzemy przewodnika – młodego chłopaka, jak się okazuje małomównego, mrukowatego i niezbyt sympatycznego typa. Gwinea jest piękna, zielona, krajobrazy są urozmaicone, mnóstwo tu wody i wilgoci, stąd źródła biorą największe rzeki regionu Niger, Gambia i Senegal, ale biedna, bez prądu (wytwarzany bardzo ekologicznie w dających się policzyć na jednej ręce elektrowniach wodnych, jak ta obsługiwana przez Chińczyków, z zamontowanymi dwiema turbinami po 500 kW każda), a dawniej rosnące lasy tropikalne, ustępują miejsca zielonym zaroślom i nieprzebytym chaszczom. Ludzie między osadami przemieszczają się na motorowerach, wożąc kanistry z benzyną do wszechobecnych agregatów prądotwórczych. W maleńkiej wiosce Pellal, na południe od miasta Mali, w której przyjęto nas na nocleg, jest jeden taki agregat, jest również szkoła. Nie ma nauczyciela, jest młodzieniec aspirujący do tej roli, który uczy dzieci wszystkiego, głównie francuskiego. To właśnie on jest dumnym właścicielem agregatu – w ciągu dnia zarabia na współmieszkańcach, ładując ich telefony komórkowe, a wieczorami dowartościowuje swoje prawie nauczycielskie ego, puszczając dzieciakom filmy animowane na video. Szkoły są w każdej wiosce, przez które przejeżdżamy, niezależnie czy liczą osiem czy trzydzieści chat. Dzieci uczą się języka, jedynego, który pozwala na dogadanie się wszystkim grupom zamieszkującym ten kraj. Język francuski, bo oni mowa, to chyba jedna z niewielu pozytywnych spuścizn czasów kolonialnych.
After we passed the night in the middle of burning grass, in the mountains, in no man’s land – in the evening we left Senegal, next day morning we reached the first Guinea village, chain span across the road with attached blue pieces of plastic bag, this is the sign of national frontier. The trail we took to nearest town is so difficult to be found, that we decided to take a guide. Custom officer advised us a young guy, taciturn, and not very sympathetic one. Guinea is a beautiful country, so green, picturesque, reach in water and humid, the sources of the biggest West African rivers start here: Niger, Gambie and Senegal. But in the same time is a pour country, even without electrical power (all electricity is produced in very ecological way, but in e few hydro power stations, like one we saw, managed be Chinese, which was equipped in two generators of 500 kW capacity each). Before the whole country was covered by tropical forest, which now is replaced by jungle and bushes. Between villages people are mowing on mopeds, carrying jerricans with petrol to fuel small power units. In the small village Pellal, south of Mali town, where we were allowed to stay in for night, there is only one power unit and also school building. There isn’t any teacher, there live a young man who would be a teacher. He teaches everything, but mainly French language. That is him, who is the proud owner of the power unit – in the daytime he earn money on charging mobiles to his co-inhabitants and in the evenings he makes fun to kids, powering video and letting them watch the cartoons. The schools are in every village, which we cross. Children learn mainly the French language, in that way they could communicate with all ethnic groups living in this country – that perhaps the best heritage of colonial times.
[nggallery id=30]
…grupa młodych ludzi z jednej wioski, kobiety i mężczyźni, połączeni więzami krwi i przyjaźni, szykują, tu w środku parku narodowego, szałasy, które posłużą w sezonie turystom. Po całym dniu pracy o zmroku zasiedli przy ognisku i wspólnie spożywają kolację. Przez otaczającą nas gęstą i wilgotną ciemność, wśród „huku” szelestów, bzyczenia i okrzyków nocnych zwierząt, dołączamy do tej radosnej gromady. Zapraszają nas do kręgu wokół ognia, są bardzo młodzi. Zachowują się jak banda niesfornych dzieciaków, płatając sobie co chwilę nowe figle, jest bardzo wesoło. Częstują ryżem z sosem rybnym, który wygarniamy palcami z dużej wspólnej miski – jest bardzo smakowicie przyrządzony. Rewanżujemy się polskimi ciastkami. Nagle, bliskie odgłosy łamanych gałęzi zrywają chłopaków, w ruch idą latarki, przez środek obozu przebiega pokaźne cętkowane zwierze o pokroju rosomaka, to cyweta afrykańska…
…young crew from near village, men and women, binden by blood and frienship, are preparing huts for the season, which would shelter tourists, here in the middle of national park. At dusk, after all day long work, they gathered by the fire to eat the meal together. Through warm and wet darkness, listening to rustlings, buzzes and cries of nocturnal animals, we join this happy group. They invite us to sit round the fireplace, now we can see that they are very young. They are like a joyful bunch of kids, playing, cheering and joking all the time. They give us rice with fish sauce, which we eat with our fingers from a common big bowl – this is very tasty. In return, we offer them polish cookies. Suddenly, the sound of broken branches forces to look around us, gazing through the lights of torches, we recognise substantial animal spotted on, looking like of wolverine, this is African civet…
[nggallery id=29]